Roadtrips: Czechy
 
W ciągu ostatnich dwóch lat intensywnego jeżdżenia na niemal każda imprezę motocyklową z klimatu custom&classic, niestety ciagle brakowało czasu i pogody, aby wybrać się w dalszą podróż motocyklową.  
Planując wypad motocyklowy zawsze mamy w głowie kiedy, gdzie i z kim (czy w ogóle z kimś) Czechy od dawna chodziły mi po głowie, w sumie to były na pierwszym miejscu mojej listy. Ze względu na jakość tras, świetnych widoków, dobrego piwa oraz zapiekanego sera z frytkami. 
 
Dla każdego motocyklowego miłośnika przygód sama droga jest tak samo ważna, jak punkt początkowy i końcowy cel podróży. Kierowca samochodu wybierze najkrótszą i najszybszą drogę do końca, ale motocyklista wybierze dłuższą, wolniejszą drogę, ponieważ jazda jest częścią przygody. Dla mnie osobiście podczas podróży liczy się przede wszystkim towarzystwo, jakość dróg oraz ilość zakrętów, szczególnie tych szybkich gdzie przerzucamy motocykl z lewej do prawej i na odwrót. Takie miały być Czechy i nie zawiodłem się. Zapraszam do krótkiej relacji z wypadu na czeskie winkle.
 
Dzień 1 Kustom Konwent 
 
Podróż rozpocząłem od spotkania z Tomkiem z Warszawy. Spotkaliśmy się na jednej ze stacji pod Łodzią. Szybka kawa, wymiana zdań i w drogę. Tomek  podróżował na Yamaha XSR700, więc i tempo jazdy było dobre. Pierwszym przystankiem był Kustom Konwent we Wrocławi, dojechaliśmy jak zawsze, bocznymi, ale dobrej jakości drogami i trzeba przyznać, że jazda do Wrocławia była niezwykle przyjemna. 
 
Foto Tomka
 
Na miejscu spotkaliśmy się z Radkiem, który na Kustom Konwent wyruszył solo na nieśmiertelnym Triumph Bonneville, aby zahaczyć o swoje ulubione punkty na mapie podczas podróży z Warszawy.
 
2 x Foto Radka
 
Kustom Konwent w tym roku odbywał się w Browarze Mieszczańskim, miejscówka w super postindustrialnym klimacie. KK przyzwyczaił nas niepowtarzalnego klimatu, więc tym razem było podobnie - super maszyny, mieszanka ludzi i ogromna dawka pozytywnej energii. 
Nasz pobyt nie trwał długo, przywitaliśmy się ze znajomymi twarzami, wymieniliśmy poglądy na temat wystawionych motocykli i ruszyliśmy ponieważ, jak mówią: „droga wzywa”. 
 
Foto z Kustom
 
Droga do Czech…
 
W tym samym dniu mieliśmy dotrzeć do Piekielnych Kopalni w Czechach. Do granicy dojechaliśmy w pięknych okolicznościach natury - w strugach zachodzącego słońca oraz lekkiej podeszczowej mgiełki, oczywiście bocznymi górskimi trasami. Tego wieczoru dalsza droga nie miała już sensu ponieważ do punktu końcowego zostało nam ponad dwie godziny jazdy, więc najbezpieczniej było szukać noclegu. Pojeździliśmy trochę od punktu do punktu w miejscowości … Wykonaliśmy ostatecznie dwa telefony i nocleg dla trzech osób znaleźliśmy w ciągu 15 min, do tego mieliśmy garaż.
 
FOTO
 
Dzień 2. Piekielne Kopalnie, Droga 14, 11, Czechy
 
Dzień numer dwa zaczęliśmy od czarnego złota w kubku i zostaliśmy przywitani przez szum strumyka oraz ostre promienie słoneczne. Po wypchnięciu motocykli z garażu i zapakowaniu sprzętu na siodła, o godzinie 8:00 byliśmy gotowi do jazdy. Trasa liczyła w tym dniu ponad 400 km, jak się okazało plan jest po to, aby go modyfikować. 
 
Piekielne kopanie.
 
Trasa do piekielny dołów prowadziła przez tak bujne drogi, że stwierdziliśmy: „jak dobrze, że zostaliśmy na noc w Polsce”. Czasami było wąsko i stromo, ale jednocześnie droga dawała mnóstwo frajdy, której na pewno byśmy nie odczuli dojeżdżając tutaj nocą.
Na miejscu w Piekielnych Kopalniach posililiśmy się zapiekanym serem z frytami i kofolą - typowe czeskie przysmaki. Na postoju było kilka motocyklowych perełek w tym Honda CBX1000 (zachęcam do lektury na temat tego motocykla ;))
 
FOTO  
 
Droga nr. 14. 
 
Droga nr. 14 wije się przez krótki odcinej wzdłuż rzeki, co powoduje, że droga usiana jest zakrętami,  a jednocześnie jest stosunkowo płaska, także średnia prędkość była wysoka, a  to w połączeniu z szybkimi zakrętami dawało ogromną dawkę endorfin. 
Na tej samej drodze udało na się złapać kolejną perłę - Norton ES2 z 1962 roku, którą właściciel odziedziczył po swoim dziadku. Sprzęt miał najechane ponad 180 tys. Miód!
 
Mapka?
 
Foto typa na Nortonie
 
Późnym popołudniem udało nam się dojechać na obiad do miejscowości… gdzie oczywiście wsunęliśmy czeski przysmak, aby ruszyć w dalszą trasę. Wtedy, też postanowiliśmy zarezerwować kolejny nocleg, ponieważ wiedzieliśmy już, że droga nr 11 będzie tego dnia naszym końcowym punktem. Chociaż plan zakładał, że przejedziemy jeszcze drogę nr 44.
 
Na szycie drogi nr 11 udało się ustrzelić piękny zachód słańca, a następnie ruszyć na serpentyny, które doprowadziły nas do naszego drugiego noclegu w Polsce - miejsce noclegu.
Tego wieczoru, z racji, że dojechaliśmy na nocleg w okolicach 21:30 i była niedziela, trzeba było pojechać do miasta (na stację) po prowiant. Droga była na tyle ciekawa, że wiodła ponownie, przez serpentyny, nie tak spektakularne jak w Czechach, ale doświadczenie jazdy nimi w kompletnej nocy było ciekawym przeżyciem. Łącznie tę trasę objechaliśmy cztery razy - trzy nocą i jeden raz za dnia.
 
Dzień 3. Droga nr 44, Czechy i  powrót.
 
Plan zakładał, że objedziemy drogę nr 44 poprzedniego dnia, jednakże jak już ustaliliśmy wcześniej plan jest po to aby go modyfikować i zawsze lepiej pojechać na wymarzoną drogę „stu zakrętów” wypoczętym niż nocą i zmęczonym. 
Przed wjazdem na docelowy kurs, postanowiliśmy zjeść w jednej z cukierni w mieście… Następnie ruszyliśmy w stronę drogi nr 44. Trzeba przyznać, że praktycznie każdy dojazd do głównej „atrakcji” wyjazdu to niezliczona ilość doskonałych zakrętów i dobrej jakości dróg, które już w miedzy czasie mocno podnosiły ciśnienie. 
 
Droga nr 44, okazała się wisienką na torcie. Uznaliśmy jednogłośnie, że warto było ją zaatakować za dnia i w pełni sił. Zaatakować, ponieważ najeżdżaliśmy na nią od strony południowej co się okazało kluczowym, ponieważ „najeżdżaliśmy” na serpentyny, aby na samym szczycie mieć możliwość zjazdu do szybkich, długich przełęczach, które jedna za drugą napędzały do pokonywania swoich barier. 
 
Z Czech wyjechaliśmy w strugach deszczu, aby następnie jechać w 33 stopniach, co też okazało się bardzo męczące. Ostatecznie chłopaki z Warszawy szcześliwie dojechali do domów w okolicach 22:00-22:30. 
 
Następnego dnia, Radek, Tomek oraz ja czuliśmy jeszcze większy głód do jazdy… Czy to normalne? Po zrobieniu od 1200 do 1500 km w ciągu 3 dni? 
 
P.S. 
 
Linki do tras: